withoutadrenaline.comAdvanced · Moralność
MovementProjectSupport
withoutadrenaline.com

Moralność

Najłatwiejsza moralność istnieje wobec swoich.

Własnego dziecka.

Własnej rodziny.

Własnego przyjaciela.

Własnej społeczności.

Własnego narodu.

Człowieka,

którego kochamy.

Człowieka,

którego potrzebujemy.

Człowieka,

który może nam się odwdzięczyć.

Znacznie więcej o naszym człowieczeństwie mówi jednak to,

co robimy wtedy,

gdy naprzeciwko stoi ktoś,

kogo nie znamy.

Ktoś,

kto nie należy do naszej rodziny.

Nie pochodzi z naszego kraju.

Nie wyznaje naszej religii.

Nie wygląda jak my.

Nie posiada naszej pozycji.

Nie należy do naszej grupy.

Nie może nam niczego dać.

I właśnie wtedy pojawia się jedno z najważniejszych pytań:

czy nadal obowiązuje mnie ta sama moralność?

Można powiedzieć:

„dla własnej rodziny zrobiłbym wszystko.”

I jednocześnie

niszczyć cudze rodziny.

Można powiedzieć:

„swoich nigdy nie oszukuję.”

I uważać oszukanie obcego za spryt.

Można powiedzieć:

„mojego dziecka nikt nie ma prawa skrzywdzić.”

I jednocześnie tworzyć działanie,

którego koszt poniosą cudze dzieci.

Można mówić:

„jestem dobrym człowiekiem.”

Ale pytanie brzmi:

dla kogo?

Bo jeżeli dobro obowiązuje wyłącznie wobec ludzi,

których uznajemy za swoich,

nie jest jeszcze uniwersalnym człowieczeństwem.

Jest lojalnością wobec grupy.

Lojalność może być piękna.

Ale lojalność bez człowieczeństwa

może również stać się usprawiedliwieniem krzywdy.

Najbardziej niebezpieczne nie jest nawet to,

że człowiek wie,

że robi coś złego.

Znacznie niebezpieczniejsze jest to,

gdy krzywda zostaje przemianowana na zaletę.

Wykorzystanie cudzej niewiedzy staje się:

sprytem.

Wykorzystanie cudzej słabości staje się:

zaradnością.

Zdobycie przewagi za wszelką cenę staje się:

umiejętnością życia.

Oszukanie systemu staje się:

kombinowaniem.

Zniszczenie konkurenta staje się:

dobrym biznesem.

A później człowiek wraca do domu,

przytula własne dziecko

i nadal uważa siebie za moralnego.

Nie musi dostrzegać sprzeczności.

Bo moralność została podzielona.

Jedna dla swoich.

Druga dla pozostałych.

I właśnie tutaj znajduje się jedna z największych granic człowieczeństwa.

Nie w tym,

czy kochamy własnych ludzi.

Ale w tym,

czy człowiek spoza naszego kręgu

nadal pozostaje dla nas człowiekiem.

Czy jego niewiedza jest okazją,

czy odpowiedzialnością?

Czy jego słabość jest możliwością wykorzystania,

czy informacją,

że posiadamy przewagę?

Czy jego bieda oznacza,

że można zapłacić mu wszystko?

Czy jego samotność oznacza,

że można nim manipulować?

Czy jego pochodzenie pozwala nam traktować go inaczej?

Czy fakt,

że nigdy więcej go nie zobaczymy,

zmienia nasze zasady?

To właśnie tutaj zaczyna być widoczne,

czy moralność jest zasadą,

czy tylko umową wewnątrz własnego plemienia.

Wyobraź sobie człowieka,

który sprzedaje coś własnemu bratu.

Wie,

że przedmiot jest uszkodzony.

Nie zataja tego.

Bo to brat.

Teraz ten sam człowiek sprzedaje dokładnie tę samą rzecz obcemu.

Obcy nie zauważył uszkodzenia.

Sprzedający milczy.

Dlaczego?

Przecież przedmiot się nie zmienił.

Uszkodzenie się nie zmieniło.

Prawda się nie zmieniła.

Zmienił się tylko człowiek stojący po drugiej stronie.

I nagle zmieniła się moralność.

To właśnie jest problem.

Jeżeli jakaś zasada jest moralna tylko wtedy,

gdy druga osoba należy do naszej grupy,

warto zapytać,

czy naprawdę wierzymy w tę zasadę.

Jeżeli uważam,

że nie wolno oszukiwać mojego dziecka,

dlaczego wolno oszukać cudze?

Jeżeli nie chcę,

aby ktoś wykorzystał niewiedzę mojej matki,

dlaczego sam wykorzystuję niewiedzę cudzej?

Jeżeli chcę,

aby mój ojciec został potraktowany uczciwie,

dlaczego uczciwość ma zniknąć,

gdy po drugiej stronie stoi cudzy ojciec?

Jeżeli chcę bezpieczeństwa własnej rodziny,

dlaczego cudza rodzina ma być materiałem,

z którego to bezpieczeństwo buduję?

To są bardzo proste pytania.

Ale zmieniają ogromną część świata.

Bo dzisiaj wiele systemów nagradza coś odwrotnego.

Nagradza człowieka,

który szybciej dostrzeże cudzą słabość.

Który wcześniej wykorzysta niewiedzę.

Który potrafi przenieść koszt na kogoś,

kogo nigdy nie zobaczy.

Który potrafi zarobić,

nie patrząc na końcowy skutek.

Który potrafi powiedzieć:

„to nie mój problem.”

I właśnie dlatego możemy dojść do niezwykle dziwnego miejsca:

najbardziej opłacalnym zachowaniem dla jednostki

może stać się zachowanie,

które jest szkodliwe dla ludzi jako całości.

Człowiek zyskuje.

Rodzina zyskuje.

Firma zyskuje.

Grupa zyskuje.

Ale ludzkość traci.

To nie jest rozwój.

To przeniesienie kosztu.

Najbardziej rozwinięta przestrzeń nie byłaby więc miejscem,

w którym wszyscy są idealni.

Byłaby miejscem,

w którym człowieczeństwo staje się opłacalne.

Gdzie człowiek,

który jest uczciwy wobec obcego,

nie przegrywa z człowiekiem,

który go wykorzystuje.

Gdzie firma,

która nie niszczy ludzi,

nie musi przegrać z firmą,

która przerzuca cały koszt na innych.

Gdzie pracownik,

który mówi prawdę,

nie zostaje ukarany za to,

że nie pomaga ukryć problemu.

Gdzie przedsiębiorca,

który nie wykorzystuje cudzej niewiedzy,

buduje większą wartość niż ten,

który potrafi wykorzystać ją szybciej.

Gdzie człowiek,

któremu można zaufać,

jest bardziej wartościowy

niż człowiek,

który tylko potrafi wygrać.

Wyobraź sobie gospodarkę,

w której największym kapitałem człowieka jest:

można mu zaufać.

Nie dlatego,

że jesteś jego bratem.

Nie dlatego,

że jesteś jego klientem.

Nie dlatego,

że jesteś bogaty.

Nie dlatego,

że masz władzę.

Nie dlatego,

że może ci się to kiedyś opłacić.

Tylko dlatego,

że jesteś człowiekiem.

Wyobraź sobie,

że taka reputacja daje człowiekowi więcej możliwości,

więcej współpracy,

więcej bezpieczeństwa,

więcej zaufania

i więcej przyszłości

niż umiejętność wykorzystywania innych.

Wtedy moralność przestaje być kosztem.

Staje się przewagą.

I właśnie taką przestrzeń chciałbym widzieć.

Nie przestrzeń,

w której człowiek jest moralny dlatego,

że boi się kary.

Nie dlatego,

że patrzy Bóg.

Nie dlatego,

że patrzy państwo.

Nie dlatego,

że kamera nagrywa.

Nie dlatego,

że druga osoba może się zemścić.

Ale dlatego,

że rozumie:

dobro drugiego człowieka nie jest oddzielone od świata, w którym sam będę żył.

Jeżeli buduję świat,

w którym obcego można oszukać,

sam żyję w świecie,

w którym dla kogoś jestem obcym.

Jeżeli buduję świat,

w którym słabszego można wykorzystać,

sam żyję w świecie,

w którym któregoś dnia mogę być słabszy.

Jeżeli buduję świat,

w którym cudza rodzina nie ma znaczenia,

sam tworzę zasadę,

według której moja rodzina również może kiedyś nie mieć znaczenia.

Każda zasada,

którą pozwalam stosować wobec obcego,

jest zasadą świata,

w którym sam będę musiał żyć.

Dlatego najwyższy poziom moralności nie brzmi:

„chronię swoich.”

To dopiero początek.

Wyższy poziom brzmi:

„nie potrzebuję krzywdzić obcych, aby chronić swoich.”

Jeszcze wyższy:

„potrafię rozwijać swoich tak, aby nie odbierać możliwości innym.”

A najwyższy kierunek:

„mój rozwój zaczyna zwiększać również możliwości ludzi, których nawet nie znam.”

Wtedy moralność przestaje kończyć się na rodzinie.

Przestaje kończyć się na narodzie.

Przestaje kończyć się na religii.

Przestaje kończyć się na grupie.

Zaczyna obejmować człowieka.

I być może właśnie to jest jedna z najważniejszych zmian,

jakie możemy wprowadzić do cywilizacji:

sprawić,

aby najbardziej opłacalnym człowiekiem

nie był ten,

który najlepiej wykorzystuje innych.

Ale ten,

któremu najwięcej ludzi może zaufać.

Bez względu na pochodzenie.

Bez względu na pieniądze.

Bez względu na religię.

Bez względu na płeć.

Bez względu na rodzinę.

Bez względu na to,

czy jest „swój”,

czy „obcy”.

Bo dopiero wtedy moralność przestaje być moralnością własnego kręgu.

Staje się człowieczeństwem.

I wtedy jedno zdanie może opisać całą przyszłość:

Najbardziej opłacalną cechą człowieka powinno być człowieczeństwo.